Kamień

Choroba. Obuchem w  łeb. Diagnoza: depresja, urojenia, szpital, leki, po raz kolejny. Chciałabym się jej pozbyć, odrzucić, olać całą farmakologię tego świata, ale przecież dzięki niej stanęłam na nogi, wróciłam do siebie, znów zaczynam się uśmiechać do życia. Choroba – niemile widziany gość. A  gdyby tak w ramach eksperymentu spróbować pozwolić jej podejść, spróbować oswoić?Bo o akceptacji na razie nie ma mowy, o nie. Przecież chcę wyzdrowieć i żyć pełnią życia. Czy chcę, naprawdę chcę?
Przypomniał mi się wiersz Wisławy Szymborskiej  „Rozmowa z kamieniem”:

Rozmowa z kamieniem

Pukam do drzwi kamienia.
– To ja, wpuść mnie.
Chcę wejść do twego wnętrza,
rozejrzeć się dokoła,
nabrać ciebie jak tchu.
– Odejdź – mówi kamień. –
Jestem szczelnie zamknięty.
Nawet rozbite na częsci
będziemy szczelnie zamknięte.
Nawet starte na piasek
nie wpuścimy nikogo.
Pukam do drzwi kamienia.
– To ja, wpuść mnie.
Przychodzę z ciekawości czystej.
Życie jest dla niej jedyną okazją.
Zamierzam przejść się po twoim pałacu,
a potem jeszcze zwiedzić liść i krople wody.
Niewiele czasu na to wszystko mam.
Moja śmiertelność powinna Cię wzruszyć.
– Jestem z kamienia – mówi kamień –
i z konieczności muszę zachować powagę.
Odejdź stąd.
Nie mam mięśni śmiechu.
Pukam do drzwi kamienia.
– To ja, wpuść mnie.
Słyszałam że są w tobie wielkie puste sale,
nie oglądane, piękne nadaremnie,
gluche, bez echa czyichkolwiek kroków.
Przyznaj, że sam niedużo o tym wiesz.
– Wielkie i puste sale – mówi kamień –
ale w nich miejsca nie ma.
Piękne, być może, ale poza gustem
twoich ubogich zmysłów.
Możesz mnie poznać, nie zaznasz mnie nigdy.
Całą powierzchnią zwracam się ku tobie,
a całym wnętrzem leżę odwrócony.
Pukam do drzwi kamienia.
– To ja, wpuść mnie.
Nie szukam w tobie przytułku na wieczność.
Nie jestem nieszczęśliwa.
Nie jestem bezdomna.
Mój świat jest wart powrotu.
Wejdę i wyjdę z pustymi rękami.
A na dowód, że byłam prawdziwie obecna,
nie przedstawię niczego prócz słów,
którym nikt nie da wiary.
– Nie wejdziesz – mówi kamień. –
Brak ci zmysłu udziału.
Nawet wzrok wyostrzony aż do wszechwidzenia
nie przyda ci się na nic bez zmysłu udziału.
Nie wejdziesz, masz zaledwie zamysł tego zmysłu,
ledwie jego zawiązek, wyobraźnię.
Pukam do drzwi kamienia.
– To ja, wpuść mnie.
Nie mogę czekać dwóch tysięcy wieków
na wejście pod twój dach.
– Jeżeli mi nie wierzysz – mówi kamień –
zwróć się do liścia, powie to, co ja.
Do kropli wody, powie to, co liść.
Na koniec spytaj włosa z własnej głowy.
Śmiech mnie rozpiera, śmiech, olbrzymi śmiech,
którym śmiac się nie umiem.
Pukam do drzwi kamienia.
– To ja, wpuść mnie.
– Nie mam drzwi – mówi kamień.

A co, jeśli choroba to właśnie owa siła, która puka, wpierw cicho, a potem coraz głośniej, aż dudni, a my nie słuchamy – może najpierw w ogóle nie słyszymy, a potem nie chcemy słyszeć, spychamy na obrzeża świadomości albo wręcz do podświadomości lub poza nas, projektując nasze własne jakości na innych?Bo przecież to nie ja. Na pewno nie ja.
Jak długo można uciekać?Jeśli to nasze, to będzie dotąd pukać, aż zauważymy. Jeśli nie słuchamy, może nas porządnie rąbnąć, jak młotkiem o ten kamień właśnie. Czasem to jedyne wyjście, by w końcu coś do nas dotarło, bo jeśli nie po dobroci, to… siłą. Możemy zżmać się na młotek, ale możemy się zdziwić, gdy nagle się okaże, że kamień jest geodą pełną kryształów. Sam kamień zdawał się o tym nie wiedzieć albo z jakiegoś względu nie chciał widzieć swojego bogactwa. I gdy już nie da się zaprzeczyć istnieniu tej cudnej bogatej przestrzeni, kamień może spróbować dostrzec na własne oczy to, co jest jego rdzeniem – jego nieskończenie piękny skarb. Może spróbować poparzeć na swoje bogactwo i, pierwszy raz w życiu,  pochwyci go zachwyt nad tym, co zawsze w nim było, a czego nie widział, więc docenić nie mógł. Dopiero teraz może go pochwycić ciekawość i pragnienie odkrywania tego nieznanego mu wcześniej świata. I może wyruszy w niekończącą się fascynującą podróż samoodkrywania.
Czy będzie to proste?Nie wiem. Czasem może trzeba wrócić do tego punktu, gdy kamień był jeszcze gorącą, płynną lawą, wydobywającą się z wnętrza Ziemi. Może dopiero wtedy na oścież „otwierają si ę drzwi” i wylewa się całe jego cudne pierwotne bogactwo w jego gorącym sercu. Czasem może trzeba się stopić, by móc się skrystalizować na nowo, a czasem rozpaść, by pozbierać swoje rozrzucone wokół części i je zintegrować w jedną spójną całość.
 Jak tego dokonać?Nie wiem, ale decyduję  się zrobić pierwszy krok. Krok ku sobie samej, tej prawdziwej, najprawdziwszej wersji siebie, która czekała na mnie aż nazbyt długo i nie miała już chyba siły czekać dalej w cieniu. Spóbuję rozejrzeć się po swoich salach, odkurzyć wnętrza i rozgościć się w moim królestwie. Spróbuję.

Otagowane

Leave a Reply