Strachy

Nie bałam się wyjechać do zupełnie nowego świata, ale zabrałam ze sobą inne strachy,  które nie znikają wraz ze zmianą miejsca.  Strachy,  które dogonią mnie wszędzie, gdziekolwiek pojadę – takie sprytne bestie. Mogę pojechać na drugi koniec świata i tam też nie zaznać spokoju, jeśli go we mnie nie ma. Ale może w tych strachach tak naprawdę nie chodzi o mnie?A ja tu taka święcie przekonana, że mam tu znaczenie. Ja, ja, ja. Moje zranione ja.  A może bardziej liczysz się Ty. I doświadczanie.  Bo co z tego,  że się schowam, uchronię przed zranieniem…jeśli nie będę żyć naprawdę.  Nigdy się nie dowiem,  do czego jestem zdolna.  Ani czy mogę zaufać sobie i swojemu prze-czuciu, że coś jest dla mnie ważne. Czuciu, którego nie potrafię wytłumaczyć. 
Nie, wyjazd za granicę nie był dla mnie samej aktem odwagi. Aktem odwagi jest dla mnie przekraczanie własnych wewnętrznych granic. Ograniczeń, przekonań, które trzymają mnie na uwięzi, trzymają mocno za gardło i nie pozwalają mówić swoim głosem ani wyrażać tego,  kim jestem naprawdę.  Tego, co czuję ani mojej intencji.  Mój ton może wydać się niespójny z tym, co w sercu, ale przecież ja jestem tam -prawdziwa. Tylko jeszcze nie nauczyłam się mówić sobą, więc nadal wydaje mi się,  że milczenie jest złotem. 
Może trzeba zapomnieć o sobie, by się dowiedzieć, doświadczyć, że świat chce cię przyjąć z otwartymi ramionami. Jak inaczej można się dowiedzieć? Czy świat mnie przyjmie.  Że może i Ty mnie przyjmiesz. Taką, jaką jestem.
Zapomnieć o sobie,  bo ciekawość jest silniejsza niż strach przed oceną i odrzuceniem. I w końcu…zobaczyć też Ciebie.  Nie to, czy jesteś dla mnie,  ale to, kim naprawdę jesteś i czego potrzebujesz.  Czy potrafię tak patrzeć?
I czy istnieje bezinteresowność? Czy mogę dawać,  zapominając o sobie? Słuchać Ciebie, dać Ci swoją uważność, nie mówiąc w odpowiedzi od razu o sobie?
Swego czasu zamknęłam w sobie pewną przestrzeń, bo czułam za dużo.  Stworzyłam sobie pewien zawór bezpieczeństwa i moja ogniskowa skupiła się na mnie samej.  Forma ochrony moich ograniczonych zasobów. Bo przecież nie mogę dać innym, jeśli nic już nie mam w sobie.  Przestałam czuć za dużo,  ale  przestałam też czuć radość życia.  Kto  powiedział,  że nie da się czuć radości,  jeśli jednocześnie wypiera się uczucia dla nas trudne? Nie pamiętam.  A może to już tak zwana wiedza ogólna? W każdym razie, świat stał się szary.   Bezpieczny,  ale bezbarwny.  Ja w nim spokojna,  ale pozbawiona dostępu do tego, co sprawia, że czuję,  że żyję.
Na całe szczęście,  pojawiają się ludzie,  którzy cię budzą.  Inspirują,  otwierają głowę i serce,  nie zawsze zdając sobie z tego sprawę. Stawiają przed tobą lustro i pokazują ci to, co okryło się zasłoną zapomnienia. Czasem to ich rola, a czasem po prostu ich uważne istnienie w świecie i to, że dotykają w tobie tego,  co,  uśpione.  A może nawet rozwalają ci system.  Ustalony porządek, poczucie bezpieczeństwa (czy na pewno?), spokój (czy aby?),  status quo…I nagle zaczynasz, w końcu, czuć.  Jakie to niewygodne,  ta sinusoida uczuć, pomieszanie ciekawości i obawy,  ale w końcu czuję,  że poruszyło mnie coś ważnego.  I że ciekawość jest silniejsza od strachów.  Ciekawość i czucie. I nagle przekraczam swoje granice,  mimo wszystko,  małymi krokami.  Może to jest klucz- ciekawość i czucie.  Bez czucia nie ma życia,  nie ma radości,  nie ma rzeczy naistotniejszych.
Może to możliwe,  istnieć dla siebie i dla innych jednocześnie,  zachowywać swoją energię i nią się dzielić, manewrować między tymi dwoma biegunami- ja, a Ty. Ja a Wy. Przyjmować i dawać, dawać i przyjmować,  wymieniać się i mnożyć. A może istnieje też miejsce w nas nieograniczone.  Gdy opadnie kurz i zasłona strachu.

Dodaj komentarz