Magiczna różdżka

A gdybym tak miała magiczną różdżkę i mogła stworzyć cokolwiek zechcę, jak wyglądałoby moje życie? Czego pragnę dla siebie, w swojej istocie, swojej autentyczności? Czego pragnie moja dusza, na najgłębszym poziomie? Co uczyniłoby mnie szczęśliwą i wniosłoby wartość w życie innych ludzi? 

Trudne pytania. Gdy staję przed czymś tak wielkim, przed nieskończonymi możliwościami, pojawia się blokada. Jedno wielkie „NIE WIEM”. Ale pojawiają się też pytania: czy odważę się jeszcze marzyć? O jakim życiu marzę? Co sprawia mi radość i zajmuje mnie do tego stopnia, że znikam w przyjemnym stanie flow? Co sprawia, że czas umyka szybko, a ja mam poczucie dobrze wykonanej pracy? Kiedy jestem dumna z samej siebie, bo czuję, że sprostałam zadaniu? W języku norweskim jest takie piękne słowo, określające poczucie, że jestem dobra w tym, co robię: mestringsfølelse. Mestre oznacza: radzić sobie, a følelse: uczucie. W czym jestem dobra i co mogę wnieść do świata?

Marzenia. Czy sobie na nie pozwalam? I czy są moje, własne? Edukacja szkolna prowadziła nas wszędobylską ścieżką pt. zdobywaj piątki ze wszystkiego.  Kazano nam przyswajać treści, nie biorąc pod uwagę naszych naturalnych predyspozycji czy zainteresowań. Ucz się ucz, bo nauka to potęgi klucz, ale ucz się wszystkiego. Czy zadawałam sobie wtedy pytanie, co mnie naprawdę zajmuje? Nie czułam, żeby było na to miejsce.  Może to przyczyna, dla której teraz w dorosłości trudniej marzyć. I trudniej określić, co tak naprawdę chcę w życiu robić – nie co widzą dla mnie inni, ale czego ja sama dla siebie chcę. 

Może nie muszę widzieć od razu rzeczy wielkich – mogę zacząć od małych kroków. Co lubiłam jako dziecko? A jeśli żyłam tym, co „trzeba” i „należy”, co sprawiało mi przyjemność w czasie wolnym? Jak lubiłam się bawić? Może robiłam coś, co było dla mnie ważne, a co odłożyłam do tak zwanej szuflady. O czym zapomniałam?

Może patrzyłam z zazdrością na kolegów, którzy mieli rodzinę za granicą i marzyłam po cichu, by zobaczyć, jak wygląda świat za tą, wydawałoby się, mityczną, nieosiągalną granicą?  No właśnie, ciekawość. Co ją wtedy we mnie budziło? 

Mogę rozejrzeć się po moim polu predyspozycji i zadać sobie pytanie o moje zdolności, talenty. Niektóre mogą być trudne do uchwycenia, bo tak oczywiste, że o nich zupełnie zapominam. Jak na przykład empatia. Cecha dla niektórych oczywista, ale to przecież wspaniały zasób i jakość, którą mogę się dzielić z innymi.  Coś, co, jeśli jest moim talentem, przychodzi mi łatwo. I są jeszcze moje cechy charakteru, które uznaję za ważne i cenne. To też mój zasób.

Mogę też zadać sobie pytanie: jakie zadania lubię w mojej obecnej pracy? Co mnie interesuje, jakie zadania rozwiązuję z lekkością i które sprawiają mi przyjemność? Jakich zadań chciałabym więcej? Na czym chciałabym się skupić, co z chęcią robiłabym cały dzień? I to ważne otwierające pytanie: co bym robiła z radością nawet wtedy, gdyby nikt mi za to nie płacił?

No i w końcu, co lubię robić w czasie wolnym? Co pochłania mnie tak bardzo, że zapominam o całym świecie?

W książce Agnieszki Maciąg pt. „Twoja wewnętrzna moc. Jak żyć dobrze w niespokojnych czasach.” Spotkałam się z koncepcją mapy swoich pasji. Wyklejamy lub wypisujemy,  tak jak w  mapie marzeń, wszystko to, co wiąże się z naszymi pasjami. Ciekawe ćwiczenie, które daje nam rozeznanie w całym repertuarze naszych zdolności i marzeń (tu tez pasuje mi bardzo norweskie słowo: oversikt, w tym kontekście: rozeznanie). Możemy zobaczyć niejako z lotu ptaka pełniejszy obraz tego, jak chcielibyśmy, by wyglądało nasze życie. 

Jeśli już mamy naszą mapę, warto z niej wyłuskać choć jedną rzecz i po prostu ją zrobić. A jeszcze lepiej wypisać sobie nasze cele w oparciu o nasze marzenia.  Co chcę zrobić i kiedy chcę to zrealizować? Najlepiej wypisać je w czasie teraźniejszym, tak, jakby były już naszą rzeczywistością. 

Jak by wyglądała moja mapa?

Wydaje mi się, że wskazówki czają się dla mnie w drobnych sprawach. W tym, jak za dzieciaka lubiłam po prostu leżeć sama ze sobą i rozmyślać o sensie życia (tak;)). Lub wyobrażać sobie różne historie – niektóre spisywałam, ale ich niestety nie zachowałam. Jak pisałam pamiętnik, żeby uporządkować myśli i poukładaać emocje i poczuć potrzebne mi wsparcie,  o które może nie potrafiłam sięgnąć lub czułam, że nie mogę dostać w takiej formie, w jakiej bym potrzebowała. Jak potrafiłam sama godzinami chodzić po sowiogórskich łąkach i lasach i nie czuć się sama. Przytulać się do drzew.  Chodzić na moją „skałkę”, ulubione miejsce, i śpiewać, czasem wniebogłosy. Być ze sobą samą i w tym kontakcie ze sobą, z naturą, znajdować wsparcie. A potem wracałam nakarmiona, odmieniona, radosna- moja wewnętrzna radość wracała na swoje miejsce. Jak śpiewałam w domu pod nieobecność innych domowników, często, by dać upust emocjom, a nasza kotka-melomanka wskakiwała mi na plecy. Lubiła najwyraźniej,jak śpiewam;) Gdy ja zaczynałam śpiewać, wtórowała mi po kociemu.  Jak podebrałam rodzicom zenita i zaczęłam robić zdjęcia tego, co mnie zachwycało. Jak zbierałam na papiery fotograficzne do ciemni z MDK-u. Jak uczyłam się zawzięcie gramatyki angielskiego, bo po prostu lubiłam. I lekcje języka polskiego z panią Masny lubiłam… Pisanie wypracowań od serca. I nawet te schematy składni zdań współrzędnych i podrzędnych wielokrotnie złożonych. I ten moment, gdy zdobyłam się na odwagę i zaśpiewałam „Powojowych ludzi” na konkursie w liceum…i jakaś moja parafraza wiersza, nie pamiętam szczegółów…ach,no przecież pisałam też wiersze. Lubiłam  spisywać ważne dla mnie cytaty. I słuchanie…czułam, że ludzie mi ufają i przychodzą się zwierzyć. Lubiłam to, że ktoś czuje się przy mnie bezpiecznie na tyle, że chce się otworzyć. Ach, i widok rozgwieżdżonego nieba, gdy siedzieliśmy latem przy ogniskach…

Ciekawe, że gdy zadam sobie otwierające pytania,  powoli wraca pamięć tego, co było ważne i moje.  Zanim jeszcze edukacja zniechęciła mnie do pewnych zagadnień…zanim zamknęły się we mnie pewne przestrzenie. Zanim poczułam, że edukacja promuje umysł, a nie serce.  A przecież chyba największą radość czuję wtedy, gdy wkładam serce w to, co robię. Gdy mogę patrzeć sercem. A to mogę zrobić już tu i teraz, w tym miejscu, gdzie jestem, w tym, co akurat robię. Taki piękny punkt wyjścia – już teraz. Nie w wymarzonym świecie i życiu, ale już teraz.

Ojej, jakieś mgliste wspomnienie z czasów studiów. Spotkanie z panią w bibliotece. Moje pierwsze wrażenie- była taka radosna, spokojna, jasna. Świeciła, pomyślałam wtedy. A ja w jakiejś rozterce, nie pamiętam szczegółów, ale nazwałam to głośno. Usłyszałam, że ona medytuje. I  niejako przy okazji usłyszałam kilka wspierających słów. Zobaczyła mnie wtedy i powiedziała coś…od serca.

Szczęście i wymarzone życie jest tam właśnie, gdzie moje serce. Może nie muszę medytować-  poleżę sobie i pomyślę o sensie życia, jak kiedyś. Dam sobie przestrzeń na siebie, na to, co we mnie przepływa, na to, co czuję i poczekam, aż wypełnię się na tyle, by wróciła do mnie moja radość i to, co zawsze tam było…moje serce. Może wtedy nie będę potrzebować wielkich zmian na zewnątrz, bo najważniejsza zmiana zadzieje się we mnie. Już teraz. A reszta, tak czuję, może wtedy przyjść sama.

I początek, punkt wyjścia mogę znaleźć w książkach, ale odpowiedź, swoją własną – tylko w sobie.

Serce- ot, taka moja własna magiczna różdżka.

Literatura:

Maciąg Agnieszka, Twoja wewnętrzna moc. Jak żyć dobrze w niespokojnych czasach.

Tracy Brian, Przemiana Feniksa. 12 cech ludzi sukcesu, które pomogą Ci się odrodzić i ruszyć do przodu w pracy i w życiu prywatnym. 

Dodaj komentarz