Miejsce mocy

Miałam kiedyś swoje miejsce mocy. Skała na zboczu góry przy bukowym lesie. Poniżej rósł niski młodniak, więc ze skały rozciągał się widok na przeciwległą górę. Moja świątynia dumania. Można było pobyć ze sobą w ciszy, przyglądać się widokom, śpiewać w niebogłosy, przetrawić smutki. Zawsze wracałam stamtąd podniesiona na duchu. To była moja ostoja i darmowa psychoterapia. I jakoś nigdy, wtedy przynajmniej, nie czułam się sama. 

Byłam tam niedawno. „Moja” skała była ledwo widoczna wśród potężnych drzew, po miejscu widokowym nie było już śladu, ale las podarował mi drugą skalę na samej górze zbocza, u jego brzegu. Mogłam usiąść w ciszy i pobyć. Choć na chwilę pobyć. 

Nie jest mi tak łatwo, jak kiedyś, się wyciszyć i po prostu być ze sobą, ale tym razem im dłużej chodziłam po dawnych, znanych mi sowiogórskich okolicach, tym większy ogarniał mnie spokój. Jak niegdyś – nikogo na szlaku, a towarzyszył mi tylko śpiew ptaków i napotykane czasem dzikie zwierzęta. Magia kojącej natury. Nagle okazało się, że moje emocje już nigdzie nie szybują, że dobry nastrój wraca-  ta radość zupełnie bez przyczyny. Radość i spokój- nasza pierwotna natura. Zagadnienia dnia codziennego, smutki i tęsknoty schodzą na dalszy plan, bo wypełnia nas po brzegi ta podstawowa energia,  tak bardzo nam potrzebna, najbliższa nam, zlewamy się z nią i łapiemy na nowo kontakt ze swoim rdzeniem. 

Nie wiem, czy to magia miejsca, czy siła spacerów w ogóle. W Norwegii mam przecież naturę na wyciągnięcie ręki, nawet w mieście, ale jak się nad tym zastanowię, to najgłębsze stany połączenia z przyrodą zdarzały mi się właśnie w Górach Sowich podczas wielogodzinnych samotnych spacerów.

Gdzie jest zatem moje miejsce mocy? Wyjechałam  zachwycona norweską naturą, a spokój ogarnął mnie w miejscu znanym z dzieciństwa.

Poobserwuję, może wychodzę sobie odpowiedź.

Dodaj komentarz