Ku swojemu życiu

Tęsknię. Ta tęsknota przejmuje mnie, gdy jestem w Norwegii, ale gdy jadę do Polski, doświadczam swoistego reality check…i zawsze , ale to zawsze, chcę wracać. Już nawet nie potrafię tego wytłumaczyć- lubię wracać. Jest tu w tej rzeczywistości coś mojego. Moje własne życie? Ciasne, ale własne. Nieidealne- o nie- ale moje. Moja przestrzeń, moje doświadczenia, mój spokój. Moje miejsce na mapie wszechświata.

Tęsknię. Może nie potrafię po prostu być w jednym miejscu? Być w pełni obecną tu i teraz? Docenić w pełni miejsca, w którym jestem? Docenić mojego życia.

Już najwyższy czas przestać liczyć na okoliczności, innych ludzi, na tę życiową pogodę, która jest niezmiennie zmienna. Czas przestać liczyć na aprobatę, akceptację i na to, że inni mogliby spełnić jakieś moje potrzeby. To jakaś dziecięca mrzonka wyobrażać sobie, że to w ogóle możliwe. Czas najwyższy przestać stać w przedsionku życia, czas przestać czekać, licząc na spełnienie z zewnątrz. Czas odwrócić się do własnego życia i w nim poszukać jakiejś istoty istnienia. Zwrócić się ku sobie. Tylko tu mam jakiekolwiek pole działania- jakikolwiek wpływ. Też nie zawsze, ale tylko tu mam.

Czas spojrzeć w lustro, zatrzymać się i pytać siebie, raz po raz, o to, co dla mnie ważne. Tutaj, teraz- nie gdzieś tam, dopiero jak dotrę gdzieś trzema samolotami. Czas poszukać w nim odbicia norweskiego spokoju i je docenić. A gdy zatęsknię, zapytać o istotę tej tęsknoty i sprawdzać, czy przypadkiem nie próbuję właśnie szukać jakieś fatamorgany, karmić jakieś iluzji, złudnego wrażenia, że gdzieś indziej, przy innych będę bardziej szczęśliwa. I zapytać siebie na serio, czy tego, czego potrzebuję, nie mogę sobie dać sama.

Są jednak potrzeby, marzenia, których nie da się spełnić samodzielnie. W pojedynkę. Ale można wybrać, z kim. Kto należy do mojego kręgu ludzi, przy których tęsknota jest mniejsza, przy których chmury ustępują nadziei, którzy, tak jak natura, pomagają mi wrócić do mojego radosnego rdzenia. Docenić obecność. To takie nieoczywiste- czyjaś kojąca obecność. I podana ciepła przyjazna dłoń. Tego akurat nie da się samemu.

Tęsknię. Za tym, na co wpływu nie mam totalnie. I choć można doświadczyć szczęśliwego zbiegu okoliczności i przebłysku intuicji, co do wagi zdarzeń, to nikt nam nie da gwarancji, że intuicja przerodzi się w coś realnego, coś, co można dotknąć, coś, co jest spełnieniem marzenia dorosłego. Tylko czy to znowu nie jest czekanie na fatamorganę? Poszukiwanie poza sobą?

Chcę wierzyć, że na tej pustyni pojawi się nie fatamorgana, ale deszcz. Że zrosi spiekłą ziemię, obudzi uśpioną florę, by zakwitła feerią barw. Ten deszcz uczy, nawet jeśli ten rozkwit to tylko na chwilę. Nawet jeśli ten obraz widzę tylko ja. Nawet jeśli pejzaż ma zaraz wrócić do punktu wyjścia. Nawet jeśli wróci- nic już nie będzie takie samo. Ja już będę inna. A moje życie- bogatsze o doświadczenie i ciche wspomnienie, nawet jeśli to istotne tylko dla mnie. Istotne dla mojego własnego życia.

Dodaj komentarz