Co mnie leczy?Co odżywia? Co sprawia, że chce mi się żyć?Co mnie zachwyca?
Odkrycie dnia – mogę doświadczać fachowej pomocy i kręcić się w kółko…dopóki nie dotknę…
duszy. Odkrywam z zaskoczeniem, że dopiero wtedy, kiedy dotykam swojej duszy, czuję, że
wracam do czegoś, co zawsze we mnie było, do jakiegoś rdzenia, który we mnie czeka na
wyrażenie. Ten rdzeń jest bezbrzeżnie piękny, a ja – gdy jestem zsynchronizowana ze swoim
wnętrzem – nagle szczęśliwa, mimo tego, że świat zewnętrzny niewiele się zmienia. Zagadnienie
szczęścia było dla mnie zawsze jakąś abstrakcją, a tu nagle dowiaduję się ze zdziwieniem, że
szczęście to ja – ja sama i mój stan połączenia z sobą samą. Z duszą. Może właśnie tym jest
uzdrawianie – odzyskiwaniem naszego zagubionego kontaktu z samym sobą, ze swoim
wielowymiarowym, pięknym, wielobarwnym wnętrzem.
Czuję, że ta część mnie wcale nie musi uzdrawiać przeszłości, że jej istnienie jest
niezależne od moich ran, że dusza sama w sobie jest zdrowa. Czuję, że potrzebuję obrać się ze
wszystkich narzuconych mi warstw i błędnych interpretacji, które umysł przyjął za swoje, by
dokopać się do tego, co pod spodem, tego wiecznego słońca, które zawsze świeci, niezależnie
od pogody. Mogę go nie widzieć, ale ono tam jest, schowane za chmurami zapomnienia, braku
uważności, zwątpienia, przykrych doświadczeń, wyuczonych automatycznych postaw wobec
siebie i świata. Po raz pierwszy chyba czuję, że mogę się przedrzeć przez te chmury i zobaczyć
to, co tam na mnie czeka – pełne wzruszenia morze radości, ciepły wewnętrzny uśmiech i
niezmożona, nieskrępowana potrzeba wyrażania siebie. Nagle świat staje się piękniejszy, choć nic
się w nim nie zmieniło – nadchodzi, jak co roku, deszczowa jesień, deszcz pada, jak padał, a ja
mam w sobie wewnętrzny uśmiech i ciepło i poczucie, że kontaktuję się z czymś najcenniejszym.
W sobie. Mogę pojechać na drugi koniec świata i nie znaleźć tego, czego instynktownie, po
omacku, szukam, dopóki nie zanurzę się w siebie i nie odkryję, co mi naprawdę w duszy gra. A
gra wiele, dosłownie i w przenośni. Gdy schodzę do tego poziomu, gdy powoli zaglądam za
kotary wszystkich ograniczeń, odkrywam pole kreacji, pole inspiracji, gdy czas się zatrzymuje, a ja
tworzę, z radością. Może nie muszę już, jak kiedyś, tworzyć z poczucia braku, ze zranienia, ze
smutku, z tęsknoty, z przypływu wszystkich bolesnych emocji i doświadczeń, które potrzebowały
wtedy wybrzmieć. To było wtedy. Całe morze doświadczeń i emocji już przepłynęło i odpłynęło,
zostawiając jakąś, wydawałoby się, pustkę. Wolną przestrzeń. Długo dźwięczała w uszach.
Dopiero teraz mogę odkrywać, że pole kreacji wcale nie zniknęło – ja po prostu nie dotarłam
jeszcze do jego prawdziwego źródła. Źródła, które czeka. Ja, która czekam na samą siebie.
Czuję, że udało mi się zajrzeć za tę zasłonę zapomnienia.
Przez chwilę – piękną chwilę.
Stavanger 16.09.2025
P.S. Przypomniało mi się nagle, jak któregoś lata siedziałam na Godalen, na wzniesieniu, w pewnej odległości od plaży. Ludzie kąpali się w zimnym norweskim morzu, a ja siedziałam na drzewie i śpiewałam. I nagle wypłynęła ze mnie po prostu taka piosenka. Swoista mantra powrotu do samej siebie. W tle słychać dźwięki dochodzące z plaży, a mnie, no cóż, coś w trakcie ugryzło;)
