Prezenty od losu

Pada jesienny rzęsisty norweski deszcz, podlewając puchate, spragnione wody mchy i jednocześnie zmywając z drzew niedoszłe jeszcze kolory. Nie będzie kolorów, gdy jego upór nie ustanie. Miarowo, powoli i konsekwentnie pozbawia nas złotej jesieni. Coraz wcześniejszy mrok spowija Ziemię, wdziera się do domostw, wypierając pozostałości prawie- białych norweskich nocy. Słota i ciemność…mrok i przenikająca wilgoć, ale dopiero w tym znaczącym mroku mogę zapalić świecę i widzieć, jak kontrastuje z jego czernią. Zobaczyć ją wyraźnie. Dopiero wtedy świeca może zajaśnieć w swojej pełni. Bez mroku nie widzę światła- nie tak dokładnie, nie tak dobitnie. A bez deszczu nie mogę usłyszeć akompaniamentu natury.  Spływające na Ziemię niebo wygrywa spokojną miarową nutę- przygrywa marzeniom i snom. Czas zatrzymany skłania do rozmowy z samym sobą. Czas zanurzenia się w sobie, inkubator przyszłych zdarzeń. Zasiewa pragnienia, rodzi wizje, dojrzewające w ciepłym kokonie poczwarki koła roku. Co się z niej wykluje? Nieważne. Bo to, co naprawdę ważne, to ta chwila. Radość tej chwili. Radość z drobnych rzeczy i zdarzeń. Przyjemność płynąca z obecności. Swojej, czyjejś. I choć biegnę często ku przyszłości, choć umysł chciałby ochoczo ku niej wybiegać, analizować, szufladkować, zamykać rzeczywistość w definicjach, jakąś głębsza część mnie podpowiada, by cieszyć się tym, co tu i teraz. Pielęgnować wewnętrzny uśmiech, rozświetlać mrok światłem świecy. Z iskry, z dopalających się polan rozpalać ognisko nadziei. Wyciskać życie z radosnych momentów. Kolekcjonować chwile jak zdjęcia- emocje, melodie, obrazy, głosy. Ciepło wełnianego swetra i ciepło czyjegoś uśmiechu. Chwile dla siebie i chwile podarowane jak prezent. Chwile podarowane nam to prezenty. Czyjaś obecność i uwaga. Ciepło czyjejś dłoni. Współdzielona radość i śmiech. Nikt nie daje gwarancji, że spotka nas łut szczęścia, ale czasem los zsyła prezenty. Można przejść obok i nawet nie zauważyć… (pewnie nie raz mi się zdarzyło), można się skupić na wiecznie padającym deszczu i coraz krótszym dniu. Można. Można czuć i się nie odważyć (zdarza mi się żałować, że się nie odważyłam) – czekać aż do wiosny, licząc na to, że wraz z wiosną życie rozkwitnie. Można, ale czy warto się zamykać i kurczyć jak jesienny liść? Hibernować, chować się i zasypiać w gawrze aż do upragnionego momentu, gdy będziemy gotowi (akurat!). A może warto chwytać prezenty, przyjmować je i pomnażać dobre chwile- chwile pełne ciepła, przyjemności i radości. Przyjmować do serca, by wypełniało się po brzegi i rosło. Przyjmować z wdzięcznością.  A mogłoby się wydawać, że żeby otrzymać, trzeba najpierw dać (tak jakby życie było jakąś jedną wielką transakcją…) A może trzeba najpierw jak najgłębiej… być. Być w kontakcie ze sobą. Pozwalać sobie być i czuć. Bo dopiero gdy czuję w pełni siebie, mogę sięgać po to, czego naprawdę pragnę.  Prosić i otrzymywać. Doceniać to, co dostaję i godzić się na to, czego dostać nie mogę. Wyciągać do innych rękę, nie wiedząc, czy po tej drugiej stronie jest chęć i potrzeba dialogu, wymiany.  Wbrew pozorom, nie to jest najważniejsze czy druga strona przejawi tę chęć. Najważniejsze jest to, czy idę za sobą i za tym, co czuję. Bo mogłabym nie zauważyć, przeoczyć, bo mogłabym żałować. Nie chcę żałować. Chcę rozpakowywać prezenty i sprawdzać, czym dla mnie są. Darem czy lekcją? A jeśli się potknę i upadnę? To z czasem się podniosę. Nie pierwszy raz. Ale przynajmniej nie przeoczę czegoś ważnego.

 

Dodaj komentarz