Co by było, gdybym zaufała?

Co by było, gdybym zaufała? Tak w pełni- sobie, życiu, temu, że wszystko dzieje się dla mojego dobra, choć nie zawsze dzieje się po mojej myśli? Może jest jakaś siła, która nas chroni i jeśli coś nie staje się naszym udziałem, to dlatego, że nie jest to nasze? Może nie jest z nami kompatybilne, nie pasuje do naszych linii papilarnych. Co by było, gdybym poczuła znowu, jak kiedyś, wędrując po łąkach i lasach, że jestem prowadzona, że nie jestem sama, że jest coś większego, co nade mną czuwa. Może za bardzo czasem bym chciała, może pragnienia bywają na tyle duże, że trudno je odpuścić, a przecież zaufanie to odpuszczenie…odpuszczanie raz po raz jakiejś kontroli nad światem. Przecież jej nie mam zupełnie, ode mnie zależy wszystko i ode mnie zależy nic.

Gdyby zaufać, poczuć się bezpiecznie w swojej istocie i bezpiecznie w świecie – to zmieniłoby życie. Jeśli jesteś cały czas w jakimś pogotowiu, na palcach, w postrachu czy wątpliwościach- kurczysz się i zapadasz, nie masz ani siły, ani odwagi, żeby zrobić kolejny krok ku światu, ku życiu. Lekki krok- z ciekawości, inspiracji, otwarcia. Bez napięcia, oczekiwań, bez zakładanego rezultatu.

Zdrowy duch mieszka w zdrowym ciele. A nasze ciała zastygają pod wpływem wszystkich naszych życiowych zawirowań. Zastygłe ciało trzyma wiele napięć- też tych mentalnych i trzeba jakiejś fizycznej pracy, by je choć trochę rozbroić, rozluźnić. Nie wiem, czy da się wrócić do swoich „ustawień fabrycznych”- czas nas trochę doświadcza i zostawia ślady po życiowych wybojach i upadkach, ale można próbować poruszyć energię ciała, by odpuściło choć trochę zastane już schematy napięć i pozwoliło sobie na odpoczynek. Ten moment savasany po jodze- kiedy już poćwiczone, a ty leżysz w niesamowitym poczuciu spokoju i jakiegoś nie- bycia w byciu tylko, kiedy wszystko się resetuje i żadne zmartwienia nie mają już znaczenia- przez chwilę. Napięty mięsień trzeba najpierw rozruszać, by mógł odpuścić.

Jeśli mięsień potrafi odpuścić, może umysł też potrafi – może wraz z zestawem ruchów pojawi się więcej przestrzeni w naszym umyśle, otworzą się jakieś bramy i rozpuszczą się choć trochę stare schematy, które trzymają nas w ryzach i nie pozwalają zaufać. Dlatego wracam do jogi w nadziei, że jeśli poruszę ciało, poruszy się też sfera umysłu i ducha. Takie to piękne naczynia połączone.

W „Dłoniach pełnych światła” Barbary Brennan, książce o uzdrawianiu, która mnie kiedyś poruszyła, były zestawy ćwiczeń przygotowujących uzdrowiciela do pracy. Joga kundalini ma właśnie podobne ćwiczenia. Może to sposób na to, by przygotować samych siebie – do życia. Uzdrawiać nie innych, a samego siebie- krok po kroku, stopniowo, dbać o swoją energię, o zasoby, rozpuszczać powoli blokady. A nasza energia, nasz stan ducha rozchodzi się potem jak fale na wodzie, wpływa na wszystko wokół. Nie trzeba uzdrawiać nikogo poza samym sobą. I jak to dobrze wiedzieć, że są sposoby na to, by wracać, raz po raz, do równowagi.

Leczy nas natura, lecz gdy zacina deszczem i wręcz nie da się wyjść, zanurzę się w mądrość mojego ciała. Posłucham, co ma do powiedzenia i poleżę w tym niesamowitym stanie po zakończeniu praktyki. Poczekam aż ruch pozwoli mi puścić- napięcia, kontrolę, poczekam, aż przyjdzie stan błogości, stan odpoczynku. Może wtedy, gdy osadzę się w sobie, uda mi się zaufać życiu. Trochę bardziej, dzień po dniu. Temu, że nie jestem tu sama, że jestem prowadzona i że mam w sobie taki default mode, swoisty filtr, który dopuszcza do mnie tylko to, co dla mnie dobre. Dobre – nawet jeśli nie do końca mi się to podoba.

Skomentuj