Z pierwszym brzaskiem

„i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości

czy pierwsza jest ostatnią a ostatnia pierwszą”

ks. Jan Twardowski

 

 Rzadko pamiętam sny. Najczęściej ulatują z pierwszym brzaskiem, w momencie przejścia ze snu do jawy. Budzę się, włącza się świadomość i sen w trymiga umyka. Mam szczęście, gdy zostają mi po nich jakieś strzępki, fragmenty, niedopałki. Rzadko się zdarza, żebym uchwyciła sen na tyle mocno, by go zatrzymać, uwięzić, zapisać.

Rzadko pamiętam sny, ale ciebie pamiętam. Śnisz mi się co jakiś czas. I choć szczegóły się zacierają, choć nie pamiętam fabuły, nie potrafię odtworzyć chronologii sennych zdarzeń, to zostaje ze mną klimat, atmosfera, emocje. Snuje się w tych snach ta delikatna nić, która nas połączyła, jakoś nadal obecna, mimo upływu czasu… Pamiętam obraz twoich jasnych oczu i poczucie, że ta nić nas dalej łączy.  Zawsze ją w tych snach czuję. Tak jakby pewne nici były nierozerwalne, historie zapisane wciąż żywe, po latach – jakby żyły w jakimś skrytym głęboko zakamarku naszej świadomości. Bo na głowę tego nie rozumiem, na poziomie świadomym nie przeżywam, nie wracam do uczuć z tak dawnych lat. Nie pierwszych, nie ostatnich. A część mnie tak jakby tam zastygła, zatrzymała się, utknęła. I tęskniła do tych jasnych dobrych oczu, które lśniły blaskiem, gdy na mnie patrzyłeś. Mogłam czytać w Twoich oczach jak w otwartej księdze- tyle wyrażały bez słów.

Zadziwiające, że po tylu latach ciągle mi się śnisz. Jakiś czas temu znalazłam nasze zdjęcia i urzekło mnie szczególnie jedno z nich. To chyba jeszcze zdjęcie z Zenita, którego dawno temu podebrałam rodzicom i zaczęłam fotografować. Czarno- białe zdjęcie, nie pamiętam, kto je nam zrobił. Trzymasz mnie na rękach, jakbyś przez próg przenosił (dlaczego akurat to skojarzenie?), ja chyba byłam tym wtedy dość zaskoczona. Oboje się śmiejemy tak żywo, że ten śmiech rozchodzi się prawie w moim pokoju. Ciepły, dźwięczny, swobodny perlisty śmiech. Pełną piersią, pełnią życia.  Byliśmy dzieciakami jeszcze, obce nam były wszystkie nieszczęścia. Obce były zawody, ból zranionego serca, które potem obudowuje się zbroją, by nie przeżywać jeszcze raz tego, co bolesne. Nasze serca były ciepłe, wrażliwe, radosne i otwarte.

Jedno zdjęcie- tak przyjemnie patrzeć na ten obraz. Tak, zabrałam to zdjęcie ze sobą na pamiątkę. Powiesiłam na ścianie, bo przypomina mi, jak dobrze może być w razem. Jak na nie patrzę, to mam skojarzenie, że tak powinni wyglądać rodzice- tacy szczęśliwi właśnie. Dlaczego rodzice? Sama nie wiem, ale gdy przyszła mi dziś ta myśl w autobusie, poczułam wzruszenie.

Gdy patrzę na nas na zdjęciu, wstępuje we mnie nadzieja, że taki sen jeszcze może się zdarzyć.  Że nie jest za późno. Że może jeszcze kiedyś połączy mnie z kimś wielka radość, śmiech, wspólnota uczuć. I choć tamte karty się zamknęły, już dawno temu przeszły do historii- może faktycznie nie spotkaliśmy się w odpowiednim czasie i miejscu – to było w tym coś na tyle ważnego, że jakaś cząstka tej relacji nadal we mnie żyje. I żyje nadzieja. Patrzę na zdjęcie, na mój osobisty symbol szczęśliwości, i wyobrażam sobie, że szczęście w byciu razem jest jeszcze możliwe. I to zdjęcie to chyba jakiś mój cichy list wysłany butelką w ten tak wielki przecież, tak różnorodny, pojemny świat. Może ktoś kiedyś tę butelkę znajdzie, otworzy z ciekawością, zajrzy i odpowie. Może nadejdzie odpowiedni czas i miejsce.

Może dlatego mi się śnisz? Żeby przypominać mi, że tak można się czuć, że to możliwe, żeby doświadczyć tego połączenia, wzajemności, bliskości. Przypominasz mi, że mogę to czuć.

Rzadko pamiętam sny, ale tego przypomnienia nie zapomnę. Tego zapomnieć nie mogę.

Skomentuj